EMTB Enduro Trophy #1 (16.06.09)
mtbpro Inne Enduro EMTB Enduro Trophy #1 (16.06.09)

EMTB Enduro Trophy #1 (16.06.09)
Przez zmrużone oczy widzę białą niczym mleko mgłę, doprawioną deszczem i porywistym wiatrem. Spośród absolutnej bieli wyłania się zamazana postać, porusza się powoli i majestatycznie, tuż za nią podążają kolejne. Nie widzę dokładnie czy to zagubiona szarańcza, czy też pochód mniejszości walczącej o swoje prawa – deszcz zalewający mi oczy i wiatr powodują, że dosłownie nie widzę nic. Gdy owo nieznane mi stworzenie jest już na tyle blisko, że dostrzegam jego kolory i wyraźne kształty rozpoznaję w nim człowieka, a nawet całką sporą grupę ludzi na rowerach – to nie sen, to 30 maja 2009 – pierwsze w Polsce zawody enduro – EMTB Enduro Trophy...
     Matka natura postarała się i to bardzo, aby pierwsze Enduro Trophy nie było zbyt proste, robiła wszystko aby przeszkodzić startującym w nim śmiałkom – na trzydziestu dziewięciu uczestników, aż siedemnastu nie ukończyło trasy!

 

      Atmosfera zawodów jest znakomita, pełna kultura i wyluzowanie, nikt nie ma zamiaru na dojazdówkach popadać w zbytnią zadyszkę – jest za stromo? zsiadamy i prowadzimy, a co! Zresztą co się dziwić skoro pierwsza dojazdówka jest okrutnie stroma i w dodatku zamieniła się w potok... Mimo całkowitego już przemoczenia jest nam ciepło i dopiero kiedy wskakujemy na asfalt przecinający nartostradę, gdy zaczyna wiać i padać w twarz, robi się mniej przyjemnie. Po opowiedzeniu kilku ognistych dowcipów każdy z nas z powrotem ma uśmiech od ucha do ucha!

    OS numer jeden, gdy jechałem nim na jakiejś wycieczce rok temu, było sucho i słonecznie a i tak był wymagający! 30 sekund przede mną ruszył „Zielony Tatrzański Pocisk” – Mariusz Bryja – mój osobisty faworyt od początku tych zawodów. Gdy zobaczyłem jak rozprawił się z pierwszą przeszkodą, musiałem zebrać zęby z podłogi... Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden START... moje oczy zaczynają kręcić chyba scenę do kolejnej rowerowej superprodukcji, czuję się jakbym to ja był bohaterem jadącym po super trudnej trasie. Jeden uskok, drugi, kamień z prawej, korzeń z lewej, potok pośrodku, drzewa dookoła... ledwo 30 sekund minęło a mi już jest gorąco. Przednie koło wyrzuca ogrom ściółki, błota i wody prosto w moje oczy, co chwilę uślizguję się, jedyna rada aby utrzymać rytm, to nie walczyć z kamieniami tylko dać rowerowi sobą porzucać... Na odcinkach mniej najeżonych wrzucam blat i dokręcam co sił w nogach... kamienie się skończyły, pod kołami poprzeczne i skośnie leżące mokre korzenie, wyrwy w ziemi... puszczam hamulce i czekam na rozwój sytuacji... Zakręt w prawo i trzy wykrzykniki – myślę sobie „będzie się działo”, wyhamowałem prawie do zera – i to był mój błąd, bo z taką prędkością na pewno nie skoczę na płaskie... Chwila odpoczynku i zaraz zaczyna się dalsza walka, wielka telepanka! Ostatnia część tego odcinka to zdradliwa glina i agrafki – znane mi z maratonu... O kurczę, ale się na nich zmachałem... widzę „tapczan”* i Mariusza – oznacza to koniec OS’a numer jeden – jestem z siebie zadowolony! We krwi ogrom endorfin, na adrenalinę przyjdzie jeszcze czas, krzyczymy z radości i zaczynamy kibicować pozostałym uczestnikom zawodów! Przecież nigdzie się nam nie spieszy :)
 
     Dojazdówkę do OS'u drugiego prawie całą przejeżdżam na rowerze, zrobiło się jeszcze zimniej, a deszcz na zmianę przestaje padać, to znów leje jak wściekły. Jedziemy sporą grupą... Nie możemy tylko znaleźć startu OS'u, który schowany jest za skałami – po chwili jednak wszytko dobrze się kończy... 
    
     Drugi OS to trawers – błocko w niektórych miejscach sięga tarcz, większość płaskiego odcinka przejeżdżam na małej zębatce, na jakimś kamieniu koło traci cenną przyczepność, wywracam się i przekrzywiam na mostku kierownicę – trudno, jakoś z tym dojadę. Wyprzedzam jedną osobę, drugą, trzecią. Walczę o jak najlepszy czas, nie wiem skąd i jak łapię przyczepność na podjeździe po wielkich kamieniach... Przed sobą widzę „Tatrzański pocisk”. Dojeżdżam do Mariusza i zaczyna się luźna jazda i podjazd po kamieniach... wówczas rozstajemy się, on zostaje w tyle. Po chwili mijam schronisko, myślę że to już koniec, ale gdzie tam... Zaczyna się zjazd, środek odcinka specjalnego, zupełnie nic o nim nie wiem, ale nie będę przecież zniżał siodła – OGIEŃ! Znowu kogoś wyprzedzam, i już po chwili koniec tego cudeńka – ten zjeździk bardzo przypadł mi do gustu, był prosty i przyjemny :)
 
     Do odcinka specjalnego numer trzy „wodno – kamienistego hard-core” dojeżdżamy w całkiem sporej grupce, czekając na resztę kręcimy aparatem krótki filmik :) Dojazdówka prowadzi przez potoki i bagna, wielkie gałęzie i inne urozmaicenia, których na co dzień jednak nie tam nie spotkamy...
 
     „Zielony Tatrzański Pocisk” jak zawsze rozdziewicza trasę, idzie jak burza, znika w ciągu kilku sekund we mgle. Teraz pora na mnie – o matko, ale masakra, latami nie zjeżdżałem po takim rock gardenie, a w dodatku rock gardenie pokrytym tak grubą warstwą wody. A może to jest już potok?! Do tego te cholerne uskoki z drewna, aby je przejechać, trzeba najpierw zrobić bunny hopa. Nie widzę prawie nic, stąd obranie jakiejkolwiek linii zjazdu staje się ogromnie trudne... Wywracam się dwa razy, wstaję, wskakuję na rower i pędzę dalej, w połowie OS’a zaczynam czuć ogromny ból w rękach i udach, zawieszenie Nomada nie jest wstanie wybrać tak gęstych i dużych przeszkód, na które wjeżdżam jakże niezgrabnie! Nie brakuje na tyle wielkich kamieni, że można z nich polatać, ale lądowanie w taką pogodę na mokrych kamieniach nie jest dobrym pomysłem – wolę jechać wolniej, ale bez przerywania ciągłości ciała. Na tym odcinku już wiedziałem, że skończyła się moja rywalizacja o dobrą lokatę!

     Dojazd do czwartego OS'u jest naprawdę bardzo długi... Każdy ma już powoli dość, niektórzy chcą namówić organizatorów na skrócenie trasy, ale nic z tego – Organizator mówi: „Zimno? Jakie zimno?” – cwaniak siedzi sobie w suchym busie, w czapce i rękawiczkach :) i ma niezły ubaw z zawodników :)
    
    Poza dwiema osobami z naszej grupy nikt nie zamierza się ścigać na czwartym OS'ie – podjazdowym. Idziemy – tylko nieco szybciej. Czas startu mamy wszyscy ten sam... Nie będę się rozpisywał na temat podjazdu – był jaki był, średnio długi, błotnisty i mało techniczny. Wyciągał siły, co poniektórzy do mety dotarli na czworaka... Na mecie szybki posiłek i napinamy dalej, jest już grubo po piętnastej... a przed nami najprostszy zjazd... Nawet się już nie cieszę, bo jestem tak bardzo zmęczony.
 
     Początek jest jak najbardziej prosty, ale w lesie, w połowie odcinak tracę wolę walki, tracę pomysł na płynną jazdę i siły, wyprzedzam kogoś, potem ktoś mnie, ale to co tam odstawiam to istny pokaz bezradności i niedzielnej jazdy – nie raziłem sobie zupełnie z tym zjazdem, w sumie był dla mnie trudniejszy od najgorszego odcinka zjazdowego na trzecim odcinku specjalnym. Błoto w stylu mazi było okropne... Ogromne głazy między którymi trzeba było przemknąć przerosły moje zmęczenie. Brakowało mi finezji i świeżości, było tylko siłowe przepychania roweru…
 
     Na mecie jestem bardzo szczęśliwy, że przeżyłem, dotarłem, ukończyłem. Jak na złość zaczyna się przejaśniać. Chcę pogratulować każdej osobie, która zdecydowała się na start w tych zawodach, a w szczególności zwycięzcy – Mariuszowi Bryji, braciom Szade, którzy walczyli z Mariuszem o każdą sekundę i jedynej Kobiecie która postanowiła sprawdzić swoje siły w tym, jakże niecodziennym, widowisku. Szacunek dla śmiałków którzy przejechali trasę na sztywnych ogonach!
 
     Następna impreza już za miesiąc w Brennej. Zobaczymy czy organizatorzy poprawią swoje błędy, zawodnicy wyciągną wnioski, a pogoda ukaże nam swoje łagodniejsze oblicze. Do zobaczenia!


Tekst: Jędrek Cegielski

Opracowanie: Dariusz Dziadeka

http://endurotrophy.emtb.pl/
 
 

Peritus jagu timepro.pl

ktm-bikes-anek
Firma Handlowa Matuszewski
windose rowery jumar


klasyk

bikestats

livestrong

forumrowerowe.org

strefamtb

anna szafraniec

Alex

weronika rybarczyk

pietruszka

karolina kozela

kurczab



 patronat medialny
Górale na Start 2009  Challenge Dolnośląski 2009 Klub Kolarski Ziemi Kłodzkiej Strona Główna AGRO Team UpHill Cup