 Przez zmrużone oczy widzę białą niczym mleko mgłę, doprawioną deszczem i porywistym wiatrem. Spośród absolutnej bieli wyłania się zamazana postać, porusza się powoli i majestatycznie, tuż za nią podążają kolejne. Nie widzę dokładnie czy to zagubiona szarańcza, czy też pochód mniejszości walczącej o swoje prawa – deszcz zalewający mi oczy i wiatr powodują, że dosłownie nie widzę nic. Gdy owo nieznane mi stworzenie jest już na tyle blisko, że dostrzegam jego kolory i wyraźne kształty rozpoznaję w nim człowieka, a nawet całką sporą grupę ludzi na rowerach – to nie sen, to 30 maja 2009 – pierwsze w Polsce zawody enduro – EMTB Enduro Trophy...
Matka natura postarała się i to bardzo, aby pierwsze Enduro Trophy nie było zbyt proste, robiła wszystko aby przeszkodzić startującym w nim śmiałkom – na trzydziestu dziewięciu uczestników, aż siedemnastu nie ukończyło trasy! Atmosfera zawodów jest znakomita, pełna kultura i wyluzowanie, nikt nie ma zamiaru na dojazdówkach popadać w zbytnią zadyszkę – jest za stromo? zsiadamy i prowadzimy, a co! Zresztą co się dziwić skoro pierwsza dojazdówka jest okrutnie stroma i w dodatku zamieniła się w potok... Mimo całkowitego już przemoczenia jest nam ciepło i dopiero kiedy wskakujemy na asfalt przecinający nartostradę, gdy zaczyna wiać i padać w twarz, robi się mniej przyjemnie. Po opowiedzeniu kilku ognistych dowcipów każdy z nas z powrotem ma uśmiech od ucha do ucha!
OS numer jeden, gdy jechałem nim na jakiejś wycieczce rok temu, było sucho i słonecznie a i tak był wymagający! 30 sekund przede mną ruszył „Zielony Tatrzański Pocisk” – Mariusz Bryja – mój osobisty faworyt od początku tych zawodów. Gdy zobaczyłem jak rozprawił się z pierwszą przeszkodą, musiałem zebrać zęby z podłogi... Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden START... moje oczy zaczynają kręcić chyba scenę do kolejnej rowerowej superprodukcji, czuję się jakbym to ja był bohaterem jadącym po super trudnej trasie. Jeden uskok, drugi, kamień z prawej, korzeń z lewej, potok pośrodku, drzewa dookoła... ledwo 30 sekund minęło a mi już jest gorąco. Przednie koło wyrzuca ogrom ściółki, błota i wody prosto w moje oczy, co chwilę uślizguję się, jedyna rada aby utrzymać rytm, to nie walczyć z kamieniami tylko dać rowerowi sobą porzucać... Na odcinkach mniej najeżonych wrzucam blat i dokręcam co sił w nogach... kamienie się skończyły, pod kołami poprzeczne i skośnie leżące mokre korzenie, wyrwy w ziemi... puszczam hamulce i czekam na rozwój sytuacji... Zakręt w prawo i trzy wykrzykniki – myślę sobie „będzie się działo”, wyhamowałem prawie do zera – i to był mój błąd, bo z taką prędkością na pewno nie skoczę na płaskie... Chwila odpoczynku i zaraz zaczyna się dalsza walka, wielka telepanka! Ostatnia część tego odcinka to zdradliwa glina i agrafki – znane mi z maratonu... O kurczę, ale się na nich zmachałem... widzę „tapczan”* i Mariusza – oznacza to koniec OS’a numer jeden – jestem z siebie zadowolony! We krwi ogrom endorfin, na adrenalinę przyjdzie jeszcze czas, krzyczymy z radości i zaczynamy kibicować pozostałym uczestnikom zawodów! Przecież nigdzie się nam nie spieszy :) Dojazdówkę do OS'u drugiego prawie całą przejeżdżam na rowerze, zrobiło się jeszcze zimniej, a deszcz na zmianę przestaje padać, to znów leje jak wściekły. Jedziemy sporą grupą... Nie możemy tylko znaleźć startu OS'u, który schowany jest za skałami – po chwili jednak wszytko dobrze się kończy...
Drugi OS to trawers – błocko w niektórych miejscach sięga tarcz, większość płaskiego odcinka przejeżdżam na małej zębatce, na jakimś kamieniu koło traci cenną przyczepność, wywracam się i przekrzywiam na mostku kierownicę – trudno, jakoś z tym dojadę. Wyprzedzam jedną osobę, drugą, trzecią. Walczę o jak najlepszy czas, nie wiem skąd i jak łapię przyczepność na podjeździe po wielkich kamieniach... Przed sobą widzę „Tatrzański pocisk”. Dojeżdżam do Mariusza i zaczyna się luźna jazda i podjazd po kamieniach... wówczas rozstajemy się, on zostaje w tyle. Po chwili mijam schronisko, myślę że to już koniec, ale gdzie tam... Zaczyna się zjazd, środek odcinka specjalnego, zupełnie nic o nim nie wiem, ale nie będę przecież zniżał siodła – OGIEŃ! Znowu kogoś wyprzedzam, i już po chwili koniec tego cudeńka – ten zjeździk bardzo przypadł mi do gustu, był prosty i przyjemny :)
Do odcinka specjalnego numer trzy „wodno – kamienistego hard-core” dojeżdżamy w całkiem sporej grupce, czekając na resztę kręcimy aparatem krótki filmik :) Dojazdówka prowadzi przez potoki i bagna, wielkie gałęzie i inne urozmaicenia, których na co dzień jednak nie tam nie spotkamy...
„Zielony Tatrzański Pocisk” jak zawsze rozdziewicza trasę, idzie jak burza, znika w ciągu kilku sekund we mgle. Teraz pora na mnie – o matko, ale masakra, latami nie zjeżdżałem po takim rock gardenie, a w dodatku rock gardenie pokrytym tak grubą warstwą wody. A może to jest już potok?! Do tego te cholerne uskoki z drewna, aby je przejechać, trzeba najpierw zrobić bunny hopa. Nie widzę prawie nic, stąd obranie jakiejkolwiek linii zjazdu staje się ogromnie trudne... Wywracam się dwa razy, wstaję, wskakuję na rower i pędzę dalej, w połowie OS’a zaczynam czuć ogromny ból w rękach i udach, zawieszenie Nomada nie jest wstanie wybrać tak gęstych i dużych przeszkód, na które wjeżdżam jakże niezgrabnie! Nie brakuje na tyle wielkich kamieni, że można z nich polatać, ale lądowanie w taką pogodę na mokrych kamieniach nie jest dobrym pomysłem – wolę jechać wolniej, ale bez przerywania ciągłości ciała. Na tym odcinku już wiedziałem, że skończyła się moja rywalizacja o dobrą lokatę!
Dojazd do czwartego OS'u jest naprawdę bardzo długi... Każdy ma już powoli dość, niektórzy chcą namówić organizatorów na skrócenie trasy, ale nic z tego – Organizator mówi: „Zimno? Jakie zimno?” – cwaniak siedzi sobie w suchym busie, w czapce i rękawiczkach :) i ma niezły ubaw z zawodników :)
Poza dwiema osobami z naszej grupy nikt nie zamierza się ścigać na czwartym OS'ie – podjazdowym. Idziemy – tylko nieco szybciej. Czas startu mamy wszyscy ten sam... Nie będę się rozpisywał na temat podjazdu – był jaki był, średnio długi, błotnisty i mało techniczny. Wyciągał siły, co poniektórzy do mety dotarli na czworaka... Na mecie szybki posiłek i napinamy dalej, jest już grubo po piętnastej... a przed nami najprostszy zjazd... Nawet się już nie cieszę, bo jestem tak bardzo zmęczony. Początek jest jak najbardziej prosty, ale w lesie, w połowie odcinak tracę wolę walki, tracę pomysł na płynną jazdę i siły, wyprzedzam kogoś, potem ktoś mnie, ale to co tam odstawiam to istny pokaz bezradności i niedzielnej jazdy – nie raziłem sobie zupełnie z tym zjazdem, w sumie był dla mnie trudniejszy od najgorszego odcinka zjazdowego na trzecim odcinku specjalnym. Błoto w stylu mazi było okropne... Ogromne głazy między którymi trzeba było przemknąć przerosły moje zmęczenie. Brakowało mi finezji i świeżości, było tylko siłowe przepychania roweru… Na mecie jestem bardzo szczęśliwy, że przeżyłem, dotarłem, ukończyłem. Jak na złość zaczyna się przejaśniać. Chcę pogratulować każdej osobie, która zdecydowała się na start w tych zawodach, a w szczególności zwycięzcy – Mariuszowi Bryji, braciom Szade, którzy walczyli z Mariuszem o każdą sekundę i jedynej Kobiecie która postanowiła sprawdzić swoje siły w tym, jakże niecodziennym, widowisku. Szacunek dla śmiałków którzy przejechali trasę na sztywnych ogonach! Następna impreza już za miesiąc w Brennej. Zobaczymy czy organizatorzy poprawią swoje błędy, zawodnicy wyciągną wnioski, a pogoda ukaże nam swoje łagodniejsze oblicze. Do zobaczenia!
Tekst: Jędrek Cegielski
Opracowanie: Dariusz Dziadeka http://endurotrophy.emtb.pl/ |